Strona firmowa jest jednym z najważniejszych narzędzi marketingu internetowego. Coraz więcej konsumentów przed podjęciem decyzji zakupowych właśnie w sieci poszukuje informacji o danym przedsiębiorstwie i ich produktach. Dzięki własnemu miejscu w Internecie firmy mogą efektywnie komunikować się z klientami, budować swój profesjonalny wizerunek oraz zwiększać świadomość marki wśród odbiorców.

Nic więc dziwnego, że znalazły się osoby chcące zrobić własny biznes na adresach innych przedsiębiorstw. Nazywamy ich cybersquatterami, czyli „dzikimi lokatorami” stron internetowych, zajmujących je w celach finansowych lub z intencją zaszkodzenia danej firmie.

Kto pierwszy – ten lepszy

Cybersquatting to pojęcie odnoszące się do rejestrowania domen internetowych znanych marek, osób lub nazw tożsamych z nazwą wybranej firmy, w celu późniejszego odsprzedania ich po wielokrotnie wyższej cenie. Do cybersquattingu zaliczamy także tworzenie domen z nazwami do złudzenia przypominającymi te używane przez znane marki lub np. celowo zawierające literówki, które bardzo łatwo można popełnić przy wpisywaniu adresu w przeglądarce internetowej.

Zobacz: Przypnij wąsy Mona Lizie! Rzecz o brandjackingu >>

Nie każdy cybersquatter rezerwuje takie domeny w celu ich sprzedania. Czasem prowadzi pod zajętym adresem własny biznes, korzystając tym samym z renomy innego przedsiębiorstwa. Zdarza się także, że treścią stron tworzonych przez cybersquatterów są wyłącznie reklamy. Gdy chcąc odwiedzić Naszą Klasę popełnimy literówkę i w pasku przeglądarki znajdzie się adres nasz-klasa.pl, trafimy na stronę pełną linków sponsorowanych.

Twoja-firma.xxx

O ile reklamy nie szkodzą bardzo wizerunkowi naszej firmy, to przekierowanie na stronę zawierającą pornografię na pewno tak. Problem ten rozprzestrzenił się po wprowadzeniu domeny z koncówką -xxx, pod którymi mogą znajdować się jedynie strony pornograficzne.

Zobacz: Reklamowi herosi – jak uczynić markę znośną >>

Przedsiębiorstwa dostały możliwość wykupu takiej strony przed oficjalnym rozpoczęciem rejestracji. Niektóre z nich jednak nie dostrzegły zagrożenia i nie skorzystały z takiej okazji. Bardzo szybko wykorzystali to cybersquatterzy zastrzegając m.in. adresy bgz.xxx czy empik.xxx.

Microsoft sprzedawcą ziół

Modelowym przykładem cybersquattingu z polskiej przestrzeni internetowej była sprawa domeny microsoft.pl. Zajęła ją firma zajmująca się handlem ziołami, a od przedsiębiorstwa dostarczającego oprogramowanie internetowe różniła się jedynie formą prawną. Właśnie tego argumentu użyła przekonując sąd o swoim prawie do zarejestrowania domeny zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami.

Zobacz: Siła internetowej reputacji >>

Nie byłoby w tym więc nic dziwnego, gdyby nie to, że właściciele wkrótce wystawili domenę na sprzedaż. Microsoft odzyskał adres, a sprzedawca ziół musiał zapłacić odszkodowanie w wysokości 30 tysięcy złotych.

Słowa mają znaczenie

Problem z cybersquattingiem może w większym stopniu dotyczyć marek, których nazwy posiadają określoną semantykę. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku koncernu Unilever, produkującego margarynę Rama. Gdy zdał on sobie sprawę, że domena rama.pl jest zarejestrowana, podał jej właściciela do sądu. Wyrok był jednak korzystny dla cybersquattera, ponieważ słowo rama jest bardzo wieloznaczne.

Przed cybersquattingiem lepiej bronią się więc nazwy, które są neologizmami. Można je wtedy zarejestrować w Urzędzie Patentowym, co stanowi silny argument w razie procesu.

Cybersquatting 2.0

Dynamiczny rozwój portali społecznościowych sprawił, że zakładane na nich profile również zaczęły być atrakcyjne dla cybersqutterów. Rezerwują oni nicki znanych marek, aby później sprzedać je z dużym zyskiem. Ofiarami takich działań padły między innymi firma Nike, której „zabrano” adres www.facebook.com/nike.

Zobacz: Postaw na markę >>

Zjawisko cybersquattingu dotknęło także Kubę Wojewódzkiego. Ktoś zarejestrował jego fałszywy profil na Twitterze umieszczając na nim wiadomości niekorzystne wizerunkowo dla znanego dziennikarza. Dodatkowo część osób uwierzyła, że są one faktycznie pisane przez Wojewódzkiego.

Jak się bronić?

Firmy mają kilka możliwości skutecznej obrony przed cybersquatterami. Po pierwsze, aby zapobiegać takim wydarzeniom, warto zająć domeny o różnych zakończeniach. Zdarza się również tak, że osoby chcące zarobić na cudzej marce jedynie rezerwują strony na bezpłatny okres dwóch tygodni. Jeśli w tym czasie nie dostają pieniędzy – rezygnują.

Jeżeli natomiast nie ma możliwości rozwiązania sprawy polubownie, możemy wkroczyć na drogę sądową. Jednak w przypadku, gdy nie jesteśmy pewni wygranej, lepsze rozwiązanie stanowi zakup domeny od cybersquattera. Może zdarzyć się bowiem tak, że koszty przegranego procesu będą o wiele wyższe niż żądana przez niego kwota.

Zobacz: Marketingowe rodzeństwo >>

Powodzenie procesu sądowego zależy głównie od tego, jak bardzo unikalna jest nazwa zabranej nam domeny oraz w jakim celu wykorzystywał ją cybersquatter. Jeżeli prowadził pod nią działalność konkurencyjną dla firmy lub szkodził jej wizerunkowi, sąd najprawdopodobniej wyda wyrok na jego niekorzyść.

Znak czasów

Cybersquatting bez wątpienia jest konsekwencją coraz większego przenoszenia się działalności firm w przestrzeń internetową. Eksperci podkreślają, że najlepszą obroną przed tym zjawiskiem jest profilaktyka, a więc wykup powiązanych z naszym przedsiębiorstwem domen, które mogłyby zainteresować cybersquatterów. Wymaga to wprawdzie zainwestowania dodatkowych środków finansowych, ale walka o odzyskanie adresu może być o wiele bardziej kosztowna.

~KB

___________

Źródła: Di.com.pl | Interaktywnie.com | Blog.wirtualnemedia.pl