Prawie trzy miliony Polaków wyjechało zagranicę za chlebem. Najwięcej z podkarpackiego, małopolskiego i mazowieckiego. Wielu mieszka tam już od kilku lat, jednak nieprawdą jest, że zapuścili korzenie na stałe i szukają na zachodzie lepszego życia. Wręcz przeciwnie – na saksach zarabiają pieniądze na utrzymanie rodziny w Polsce. Na rachunki, długi, szkołę dla dzieci i operację dla matki. Kim są emigranci? Kiedy i czy w ogóle wrócą do kraju? 

Praca w różnych krajach za naszą zachodnią granicą (Wielka Brytania, Holandia, Belgia, Niemcy czy Hiszpania) to dla wielu rodzin jedyna szansa na przetrwanie. Wyjeżdżają, bo w Polsce nie są w stanie zaoszczędzić na wesele, budowę domu czy wakacje, ale często również na codzienne zakupy i bieżące potrzeby. Wielu zdecydowało się na taki krok dlatego, że straciło pracę, a w wieku przedemerytalnym nie ma już szans na zatrudnienie. Wyjeżdżają też młodzi – zaraz po studiach lub od razu po maturze, nie znajdując nie tylko pracy marzeń, ale także w ogóle jakiejkolwiek posady. Nawet jeśli koszty utrzymania są wyższe niż w kraju – mogą też liczyć na dużo wyższe zarobki.

Kto i gdzie? 

Ci, o których słyszymy, że już nie wrócą to tylko część emigrantów i to tych, którzy zdecydowali się na pracę na Wyspach. Z 600 tys. osób, które tam wyjechały, część założyła rodziny, zaciągnęła kredyt na dom i porodziła dzieci. Tam było to w końcu możliwe. Decyzja o powrocie była więc odkładana, a kiedy dziecko weszło na drogę edukacji, coraz trudniej było ją podjąć. Londyn stał się więc drugim domem – po polską żywność nie trzeba już wracać do kraju, bo zaopatrzyły się w nią sklepy. W automatach biletowych jest już polska wersja językowa, a w restauracjach menu w naszym języku. Ci, którzy wyjeżdżają do innych krajów zostają tam średnio kilka miesięcy. To typowe wyjazdy wakacyjne, mające na celu zarobienie na przetrwanie reszty roku w Polsce. Wyjeżdżają i wracają. Przez te kilka miesięcy mieszkają w hotelach pracowniczych, po kilka osób w pokoju. Ich życie to rutyna – praca, często po kilkanaście godzin, na kilka zmian lub w kilku różnych miejscach, prysznic, sen. I tak w kółko. Czasem zdarza się dzień wolny, ale i z tym bywa różnie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zadzwonią z wezwaniem do pracy. No chyba, że akurat wypada jakieś narodowe święto.

Dla kogo kasa?

Niemal wszyscy emigranci wysyłają pieniądze do rodzin w Polsce. Wspierają je również ci, którzy postanowili osiedlić się zagranicą na stałe. Nie jest to bez znaczenia dla gospodarki, choć kwota ta w sumie nie przekracza 1,50 proc. PKB. Jest to jednak wartość dość stała, dużo bardziej stabilna niż bezpośrednie inwestycje zagraniczne czy portfelowe, bo jeśli ktoś zobowiązuje się do pomocy rodzinie to prawdopodobnie będzie to robił ciągle. Rosnące wpływy zauważa się w przypadku emigrantów z Wysp i Niemiec, spadają natomiast te z Irlandii, choć być może dlatego, że rodzina, w którymś momencie dołączyła do emigranta.

Do domu? Tak, ale pod jednym warunkiem. 

Nasi emigranci nie ucierpieli w kryzysie. Większość pracuje już na umowy o pracę, przyjeżdżając są kierowani przez sieć znajomych, którzy wcześniej załatwiają pracę czy lokum. Czy wrócą do Polski? Chętnie, ale pod jednym warunkiem: chcą zarabiać tyle, by móc pozwolić sobie na podobny poziom życia. Móc robić zakupy w sklepie bez oglądania trzy razy każdej złotówki i zastanawiania się czy aby na pewno wszystkie produkty w koszyku są niezbędne. Wymagania są spore i w tej chwili oscylują w granicach dwóch średnich krajowych. Oprócz zarobków musiałoby zmienić się jeszcze wiele innych rzeczy – przede wszystkim polityka prorodzinna, fiskalna czy rynku pracy. Nie jesteśmy w stanie zmniejszyć atrakcyjności zachodu, możemy jedynie zwiększyć naszą i dać emigrantom alternatywę.

~DAR

Źródła: wyborcza.biz, powrotnik.eu, natemat.eu