Każdego roku zarówno osiedlowe sklepiki jak i wielkie hipermarkety wydają miliardy na walkę ze złodziejami. Nowoczesne kamery, pracownicy ochrony i piszczące bramki to najpopularniejsze zabezpieczenia. Niestety, z kreatywnością rabusiów nie mają szans. A odkąd w życie weszły nowe przepisy, handlowcy tracą coraz więcej.

Od 9 listopada kradzież do 400 zł jest tylko wykroczeniem, a nie przestępstwem. Wcześniej próg 250 zł nieco hamował zapędy złodziei, ale za to doprowadzał do szału policję. Przy byle kradzieży trzeba było uruchamiać całą papierkową robotę, przesłuchiwać  świadków. Przy 400 zł można już zaszaleć więc łupem zuchwałych padają coraz cenniejsze towary. Jeśli zostaną złapani grozi im tylko mandat lub grzywna – bez wpisu do Rejestru Karnego. Czyste akta kuszą. Zmienia się też profil osób, które dopuszczają się takich czynów. O ile widok bezdomnych lub zamaskowanych przestępców złapanych na gorącym uczynku nikogo by nie zdziwił, o tyle profesor w eleganckim garniturze lub manager dużej firmy, kradnący drogi alkohol czy sprzęt elektroniczny, wciąż budzą kontrowersje.

Bezczelne kradzieże to klasyka – wybiegnięcie z niezapłaconym towarem przy dźwiękach piszczących bramek i krzyczących ekspedientek nadal nie wychodzi z mody. – Możesz też iść do sklepu z kimś, kto odwróci uwagę ochrony. Np. będzie udawał że chce coś ukraść, ale będzie to robił tak nieudolnie że ochrona go zauważy i będzie obserwować. W końcu on nic nie ukradnie, ale Ty to zrobisz tak, że nikt się nie połapie. – polecają doświadczeni.

Niezwykle popularne jest choćby zamienianie metek. Łatwo zdjąć metkę z oznaczeniem przeceny i przytwierdzić ją do wymarzonego sweterka z nowej kolekcji. W dużych sieciówkach zdarza się, że sprzedawca automatycznie nabije zniżkę. A kiedy jednak się zorientuje, można wmówić mu, że ma obowiązek sprzedać towar po cenie na metce, bo błąd leży po stronie sklepu. W sklepach obuwniczych drogie buty przekłada się do kartonu po tańszych, podobnych – w razie czego można powiedzieć, że mierzyło się kilka par i opakowania nam się pomyliły – radzą oszuści na forach. Ale na odzież jest łatwiejszy sposób – wystarczy kupić w sieci magnes do zdejmowania klipsów. Te najbardziej profesjonalne to wydatek rzędu zaledwie 150-200 złotych.

Są też bardziej wyrafinowane metody. Torby termoizolacyjne lub wyścielenie wnętrza torebki folią aluminiową oszuka bramki i spowoduje, że nie wykryją klipsów. Można też zapakować drobną rzecz do… kartonika po mleku lub po prostu wyciąć klips małymi nożyczkami i zaszyć dziurkę w domu. Najczęściej łupem pada odzież, kosmetyki, perfumy, gry komputerowe i płyty CD oraz drobne akcesoria.

Kto kradnie? Właściwie dziś można wyróżnić już cały przekrój społeczny. I to wcale nie dlatego, że społeczeństwo ubożeje i nie stać nas na potrzebne rzeczy. Powodem często jest chęć dorobienia (ukraść i sprzedać), rozrywka i nuda bądź pragnienie odczucia dreszczyku emocji. – Robię to dla adrenaliny i często odnoszę następnego dnia te rzeczy, też niezauważanie. – pisze nastolatka. Złodzieje nie mają wyrzutów sumienia, wręcz przeciwnie: – A mi się zdarza coś ukraść i potem mam świetny humor przez parę dni. Na przykład w Pepco nie ma klipsów, bramek itp. Więc biorę sobie taką rzecz do przymierzalni, odrywam metki (na wszelki wypadek) zakładam na siebie, ewentualnie wrzucam gdzieś do torby i wychodzę. Proste? Proste! – czytamy na forum Kafeteria.

Sklepikarze mają pełne ręce roboty. Złodzieje są bardzo dobrze wyedukowani w zakresie prawa. Uważają na to, na jaką kwotę towar kradną by nie przekroczyć magicznych 400 złotych i wiedzą, że ochrona sklepu nie może ich przeszukać. Często są wyjątkowo uprzejmi dla ekspedientek, dopytują o ceny lub rozmieszczenie produktów, ustawiają koszyki, żeby odwrócić uwagę i sprawić wrażenie uczynnych klientów. Wiedzą też kiedy dany sklep przyjmuje dostawy, a sprzedawcy są zajęci układaniem lub metkowaniem nowego towaru.

Większość firm ma finansową rezerwę przeznaczoną na pokrycie tego typu strat. Ale niekiedy za braki odpowiadają sami sprzedawcy, którzy nie zawsze przyczyniają się do tego swoją nieuwagą: – Pracowałam kiedyś w sklepie z garniturami. Mieliśmy kamery, podsłuchy, klipsy i bramki, a w dodatku odwiedzało nas bardzo mało klientów, bo przecież garnituru nie kupuje się codziennie. Na zmianie zawsze były dwie osoby więc praktycznie złodziej nie miałby szans. Nikt się jednak nie spodziewał, że trzy wielkie, męskie płaszcze za kwotę ponad tysiąca złotych wyniesie nam sama szefowa pod osłoną nocy, a my zostaniemy obciążone kosztami. Niezły interes, co?

Kto płaci za takie występki? Wszyscy. Właściciele sieci i sklepików wliczają koszt zatrudnienia ochrony i zamontowania zabezpieczeń w ceny. Przeciętna rodzina traci na tym każdego roku około kilkuset złotych.

~ DAR

Źródła: kafeteria.pl, onet.pl, natemat.pl, poranny.pl, zapytaj.pl, allegro.pl